Żyjemy w czasach, w których młodym ludziom trudno wyobrazić sobie, że dawniej wszystko było inaczej, że kobietom wielu rzeczy nie było wolno. W czasach, gdy posiadając prawo wyborcze, często z niego nie korzystamy, nie interesując się polityką lub twierdząc, że pojedynczy głos i tak nic nie zmieni. Wychodzę z założenia, że warto już od młodych lat pokazywać dziecku, że jest także obywatelem i w związku z tym przysługują mu różne prawa, ale także powinności.  „Sufrażystki i sufrażetki” to lektura, która pokaże młodemu człowiekowi, jak wielką i trudną drogę musiały pokonać kobiety, by otrzymać to, co obecnie ma niemal każdy – prawo wyborcze. I wbrew pozorom nie jest to tylko książka dla dziewczyn – panowie również mogę z niej wynieść całkiem sporo wartościowych informacji.

„Sufrażystki i sufrażetki” to zapis drogi, jaką musiły pokonać kobiety, aby otrzymać prawa wyborcze. Ale nie tylko. To przede wszystkim hołd złożony każdej z tych postaci, która dla tej idei poświęciła wiele, o ile nie wszystko. Nie była to droga prosta, często usłana pasmem niepowodzeń, frustracji i wykluczenia w społeczeństwie, które miejsca kobiety upatrowało jedynie w domu. Niestety choć czasy się zmieniły, to takie przekonanie pokutuje w niektórych do dziś. Pamiętam, że gdy jakiś czas temu pisałam felietony o tematyce sportowej, część komentarzy pod nimi sprowadzała się tego, że miejsce kobiety jest w kuchni, a ja jako kobieta powinnam pisać o tym, jak nie przypalić mleka. Trochę to smutne, niemniej pokazuje, że lektury takie jak „Sufrażystki i sufrażetki” są potrzebne, w dodatku nie tylko dorosłym. Dziecko, które zrozumie ideę równego traktowania ludzi za młodu, wyrośnie na dorosłego, który szanuje drugiego człowieka,  nie umniejszając jego zalet i praw bez względu na to, czy jest on kobietą, czy mężczyzną. Nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że większość rodziców chciałaby wychować swoje pociechy właśnie na takich ludzi.

Jest to lektura raczej dla starszych dzieci, gdyż tekstu jest stosunkowo dużo, zresztą sama objętość książki jest dość pokaźna, niemal dziewięćdziesiąt stron, w dodatku w sporym formacie. W książce znajują się także ilustracje, co zawszę cenię, bo uważam, że powinny się one znajdować nawet w książkach skierowanych do nieco starszych dzieci, niemniej to tekst pełni tutaj główną rolę.

W moim odczuciu jest to książka, której nie czyta się od razu całej z dzieckiem. Zbyt dużo niełatwej czasem treści zwyczajnie nie zapadłoby w głowę na dłużej. Lepiej czytać ją rozdziałami, rozmawiać o tym, co właśnie się przeczytało, znaleźć czas na chwilę refleksji. Wtedy lektura będzie pełniejsza, a przekaz zostanie w pamięci na długo.

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Egmont.