Na to, że sięgnęłam po tę książkę, złożyło się kilka czynników. Po pierwsze, uwielbiam odkrywać nowe wydawnictwa z książkami dla młodszych czytelników, a z Literówką mam do czynienia po raz pierwszy – sądzę, że nie ostatni. Zawsze to taki powiew świeżości, w tym konkretnym przypadku nie tylko pod względem treści, ale też wykonania. Tu dochodzimy do czynnika drugiego, równie dla mnie istotnego. To była ciekawość. Uwielbiamy z córą książki bez słów, takie, które należy sobie opowiadać, bo za każdym razem może powstać dzięki temu nowa historia. Mamy w naszych domowych zbiorach już kilka takich pozycji, z różnych wydawnictw i o różnej tematyce, ale tej publikacji byłam naprawdę ciekawa. Komiks bez słów? To brzmiało abstrakcyjnie, wręcz absurdalnie. Przecież komiks jednoznacznie kojarzy się właśnie z dymkami dialogowymi i tekstem zapisanym drobnym maczkiem. Okazuje się jednak, że można tego dokonać, co więcej – na bardzo przyzwoitym poziomie. I wreszcie ostatni z powodów, które mną kierowały – Szekspira ukochałam miłością młodzieńczą jeszcze w liceum, czytając prawie wszystkie jego książki. To o jego twórczości pisałam prezentację maturalną na ustny polski i choć ta miłość z czasem została trochę zepchnięta na dalszy plan przez dorosłe życie, to sentyment pozostał. Dzięki temu „Pewnego razu w Londynie” zagościło w naszym domu.

A trzeba przyznać, że podjęcie się tej tematyki w książce skierowanej do dzieci nie było zadaniem łatwym, bo i czasy nie były łatwe. Osobiście polecam opowiadać tę książkę z nieco starszymi pociechami albo przygotować sobie odpowiedź, czym są narzędzia tortur, które także tam spotkamy w jednej ze scen, gdzie więzień czeka na stracenie. Ale trudno, żeby autor przekłamywał fakty. Chciał oddać klimat tamtych realiów i to zdecydowanie mu się udało.

„Pewnego razu w Londynie” to opowieść o chłopcu, który przez przypadek trafia do starego, opuszczonego teatru, gdzie wiedziony ciekawością zaczyna myszkować. W garderobie przymierza kostiumy, a gdy wybiega na opustoszałą scenę, dzieje się rzecz niesłychana – nagle cofa się on w czasie o kilkaset lat i trafia do Anglii z czasów Tudorów. A że przerywa tym samym sztukę, musi uciekać czym prędzej i dalej od desek teatru. W międzyczasie ratuje z opresji dwóch jegomościów, z których tylko jeden jest człowiekiem. Pomysł niezły? Wykonanie też.

Bardzo lubię picturebooki, a ten jest na bardzo przyzwoitym poziomie. Duży format książki zapewnia duże ilustracje, a technika, jaką zostały one wykonane – akwarele – dodaje uroku. Doceniam, że dzięki przemierzaniu z naszym bohaterem dawnego Londynu możemy poznać kulturę i zwyczaje z tamtego okresu. Przyglądamy się strojom, rozrywkom, architekturze. Dobrze, jeśli dorosły ma już pewną wiedzę w tym temacie, bo z pewnością ta lektura będzie generować pytania. Sądzę, że dużo pytań. Ale zawsze odpowiedzi można poszukać wspólnie ze starszymi dziećmi, to zawsze zbliża i buduje więź, pokazując także młodemu człowiekowi, że niewiedza w jakimś temacie nie jest powodem do wstydu, bo uczymy się przez całe życie. Myślę, że mnie także brakuje wiedzy historycznej z tego okresu i gdybym ją posiadała, dostrzegłabym w tej publikacji jeszcze więcej interesujących szczegółów, bo tych w książkach bez słów zwykle nie brakuje, a ta nie jest w tej kwestii wyjątkiem.

Gwoli podsumowania  – doceniam niełatwy dla dzieci temat, jakim są czasy Tudorów. Jestem też pod wrażeniem formy, bo chociaż w książce nie ma słów, to przekaz jest jasny. Starsze dzieci mogą już same opowiadać, a to świetne ćwiczenie umiejętności narracyjnych (m.in. za to uwielbiam książki do opowiadania). Ilustracje są duże, wdzięczne i estetyczne. Warto jednak przed lekturą przygotować się na trudne pytania, jak choćby to o karę śmierci, którą wymierzono jednemu z bohaterów. Sądzę, że one się pojawią. Sama pytałabym, gdybym jako dziecko zobaczyła dziwną drewnianą konstrukcję, pana w masce trzymającego siekierę i księdza obok. Dlatego warto mieć to na uwadze i podjąć tę lekturę wtedy, gdy uznamy, że dziecko jest na nią gotowe.