Często podkreślam, że moja Zosia uwielbia czytać. Ostatnio dołączyła nawet do grona czytelników jednej z lokalnych bibliotek. I nie ukrywam, że jako mamę bardzo mnie to cieszy. Dość długo sięgała najchętniej po książeczki, w których to obraz pełnił główną rolę, a tekstu było naprawdę niewiele. Nic nie przyspieszałam, po prostu cierpliwie czekałam, aż będzie gotowa na książki z większą ilością treści. Po prostu sukcesywnie uzupełniałam jej biblioteczkę o ciekawe pozycje. To przyszło samo. Po prostu zaczęła wybierać inne książki, gdy poczuła się na nie gotowa. Dziś chciałam wam pokazać publikacje, które czytam ze swoim półtoraroczniakiem. Być może któreś z nich sprawdzą się także u was. Sama także chętnie poznam wasze typy z rodzaju must have w biblioteczce dziecka w tym wieku. W zestawieniu nie uwzględniłam książek bez tekstu do opowiadania ani przesuwanek, im chcę poświęcić osobny wpis.

Już od jakiegoś już czasu Zosia nie wyobraża sobie swoich zbiorów bez przesympatycznej książki „Koala nie pozwala”. Zabawny, rymowany tekst i bardzo ładne wydanie – poręczny format z kartonowymi stronami i ilustracjami Emilii Dziubak, ilustratorki, na widok której prac radują się moje serce, dusza i oczy.

Ostatnio do grona ulubieńców dołączyła książka „A królik słuchał”. Przyznam, że mocno mnie to zdziwiło. Sądziłam, że upłynie jeszcze dużo czasu, nim Zosia po nią sięgnie. Ładunku emocjonalnego raczej jeszcze nie udźwignie, ale że w tej historii jest miejsce na budowle z klocków, jej niszczenie, zwierzaki i śmieszne niekiedy odgłosy, jakie wydają, to radochy jest co nie miara. Staram się co prawda czytać w taki sposób, by oddać głosem emocje towarzyszące chłopcu, ale myślę, że to na razie dla niej sprawa drugorzędna. Ważne, że się podoba. Bardzo.

Zdecydowany numer jeden dla Zosi to obecnie „Jakiego koloru są buziaki?”. Nic w tym dziwnego, wszak moje dziecię także uwielbia malować, więc po farby sięgamy niemal codziennie. I muszę przyznać, że bardzo cieszy mnie ten wybór, bo książka jest naprawdę piękna, zarówno pod względem przekazu, jak i wykonania. Można ją z powodzeniem wykorzystać do nauki kolorów, a to kolejna zaleta. Dla mnie jednak najfajniejsze jest w niej to, że bohaterka jest nietendencyjna – Minimoni lubi czarne owce i krokodyle, za to nie znosi wróżek i księżniczek. Miód na moje serce!

Niedawno zawitała u nas książka „Nie trzeba słów” i od razu wywołała efekt wow. Jest to historia, w której na przykładzie małej i dużej żyrafy ukazano, że aby powiedzieć „kocham cię”, wcale nie trzeba używać słów. Przesłanie bardzo mnie ujęło, a dodatkowo doceniam możliwość rozszerzenia słownictwa dziecka o tematykę związaną ze zwierzętami (dzieci zwierząt, co robią zwierzęta). Można od siebie dodać  dźwiękonaśladowcze miau, hau i tak dalej, by cieszyć się tą piękną publikacją nawet z młodszym maluchem.

\

Pucia raczej nie trzeba nikomu z was przedstawiać. Obecnie korzystamy najczęściej z drugiej części serii, chociaż zdarza nam się wracać jeszcze do początkowych przygód Pucia, jeśli Zosia tego chce. W czym tkwi fenomen tej serii? Może to krótkie zdania dopasowane pod względem poziomu trudności do możliwości maluchów? Może sytuacje znane dzieciom z życia codziennego, które spotykamy także na kartach książek o Puciu? Może warstwa graficzna albo sympatyczni bohaterzy? Nie wiem, pewnie wszystko po trochu, ale faktem jest, że znam tylko jeden dom, w którym są dzieci, a nie ma w nim Pucia. U nas na pewno zagoszczą także kolejne części.

Pamiętam dzień, kiedy przyszła do nas książka „Idziemy na niedźwiedzia”. Znałam jej angielską wersję z przedszkola, w którym pracowałam, więc wiedziałam, które partie śpiewać, a które czytać. To był strzał w dziesiątkę. Tamtego dnia czytałyśmy tę książkę 15 razy. Słownie: piętnaście. Do znudzenia. Do chrypki, która bynajmniej mi nie przeszkadzała. Do zakochania się w niej na dobre. Plus za kartonowe wydanie. Polecam obejrzeć film, w którym autor „odgrywa” swoją opowieść. Dla nas bomba!

Jestem wielką zwolenniczką książek, w których dziecko nie jest jedynie biernym słuchaczem, ale aktywnie uczestniczy w lekturze. Moja córa widocznie ma to po mnie, bo miłością do Turlututu zapałała od pierwszej chwili. Fakt, że nie wszystkie zadania potrafi wykonać samodzielnie, ale z powodzeniem potrząsa książką, obraca ją, dmucha itp. „Turlututu. A kuku, to ja!” to książka, którą polecam zarówno maluchom, jak moja córa, jak i dzieciom starszym. Z młodszymi można korzystać wybiórczo, starsze dadzą radę ze wszystkim.

To już trochę wysoka poprzeczka jak na 1,5-roczniaka, ale umieszczam w zestawieniu, bo Zosia polubiła tę książkę. Podejrzewam, że za jej przepiękne i duże ilustracje. To historia o zajączku, który podążając za swoim węchem, odnalazł miłość. Cudowna pod każdym względem, ale tekstu jest dość sporo. Można spróbować z 1,5-roczniakiem, być może pomysł „chwyci”, jak u nas, ale nawet jeśli nie, to książka się nie zmarnuje. Dziecię podrośnie i pokocha ją całym sercem!

Z „Emlerem” na początku miałyśmy trochę pod górkę – ja go pokochałam, córka kazała odkładać na miejsce, gdy tylko widziała, że po niego sięgam. Ale kolorowy słoń w kratkę ma to w sobie fajnego, że zachęca do różnych  zabaw. Elmer ma w sobie tyle kolorów, że w tych zabawach ogranicza nas jedynie własna wyobraźnia, a tej mojej córze nie brakuje. Tak więc najpierw zrobiłyśmy kilka swoich domowych Elmerów, a później zaczęłyśmy się cieszyć lekturą. Zosia może nie wybiera jej jakoś bardzo często, ale gdy już po nią sięgnie, doczytamy spokojnie do końca. Dla mnie to przesympatyczna historia, więc szczerze polecam.

W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć także mistrza książek z dziurami – Hectora Dexeta. Gdy Zosia była młodsza, królowała u nas książka „Kto zjadł biedronkę?”. Teraz przerzuciłyśmy się na „W drogę!” i „Nasze ciało”, chociaż przymierzamy się też do publikacji o ogrodzie. Uprzedzam, że te książeczki lepiej oglądać w asyście dorosłego, bo w dziury wchodzą paluszki, wygląda przez nie oko i w ogóle zachęcają do eksperymentów! Mało tekstu, za to dużo radości. To jeden z naszych ulubionych autorów książek dla dzieci.

Nazwanie mnie zwolenniczką Świnki Peppy byłoby przekłamaniem i to dość znacznym, ale doceniam pomysł na książkę, która znalazła miejsce w naszej biblioteczce. „Świnka Peppa. Magiczne obrazki. Gwiazdy” kupiła nas swoją „latarką”, którą podświetlamy obraz na kolejnych stronach i odszukujemy tam różne przedmioty. Duży fun dla dzieci, więc możemy polecić.

Część dzieci w tym wieku zaczyna się już interesować kolorami, dlatego w naszym zestawieniu umieszczamy też fajną propozycję od wydawnictwa Adamada. Raz, że mamy tu elementy wyszukiwanki, co bardzo z córą lubimy, dwa – nauka kolorów, trzy – liczenie na paluszkach. To ostatnie jeszcze odpuszczamy, ale z kolorami Zosia fajnie sobie radzi, więc i ta książka nie stanowi problemu. Plus za akcent humorystyczny z „kupą” 🙂

„Snów kolorowych, placu budowy” do niedawna było jeszcze unikatem, w dodatku chodzącym za duuże pieniądze, więc gdy wznowiono nakład, postanowiłyśmy powitać ją w naszym domu, ot z czystej ciekawości. To przyjemna książeczka w sam raz na dobranoc, gdzie wraz z miłym dla ucha, rymowanym tekstem usypiamy kolejne pojazdy na placu budowy. A że to tematyka dość popularna w tym wieku (później zresztą też), to pewnie znajdzie się wielu miłośników tej historii.

Jakiś czas temu zaczęłyśmy kolekcjonować książki o mamach i tatach. Niestety większość z tych, które spotkałyśmy na swej drodze, jest skierowana do dzieci starszych. Z pomocą przyszedł nam Eric Carle, autor kultowej „Bardzo głodnej gąsienicy”. Jego „Tato, zdobądź dla mnie księżyc” jest naprawdę urocze, a córa, gdy tylko ma w rękach tę książkę i tatę w zasięgu wzroku, nie odpuści mu seansu czytania. A że są w niej rozkładane strony, to tym większa radość dla malucha. Bez obaw – wszystkie poza jedną rozkładówką są kartonowe!

„Gdy smok się wprowadza” to dowód na to, że mniejsze wydawnictwa też mogą zaproponować dzieciom coś absolutnie genialnego. Zakochałyśmy się w tych ilustracjach i sądzę, że ta miłość będzie trwać lata!

Na zakończenie polecamy absolutne must have w biblioteczce każdego dziecka (i rodzica!). „Nawet nie wiesz, jak  bardzo cię kocham” to już klasyk. My mamy nawet związany z nim rytuał przed snem – każdego wieczoru szepczę córze do ucha słowa, które wypowiedział Duży Zając do Małego, gdy ten spał: Kocham cię jak stąd do księżyca i z powrotem! Piękna historia, w której poszukuje się miary, jaką można by zmierzyć ogrom miłości.