Książek dla maluszków na rynku jest całkiem sporo, ale właśnie trafiłyśmy z córą na taką, przy której szczerze żałuję, że nie ukazała się kilka miesięcy wcześniej. „Gili,gili – słówka z ostatniej chwili” to propozycja tak rozkoszna, że buzia sama mi się śmieje przy jej lekturze!

Publikacja ma postać jakby słownika obrazkowego z mową najmłodszych pociech. „Bla, bla – duzi rozmawiają”, „Bam, kiedy się przewracam. Aua, to boli” – świat przedstawiono tutaj z perspektywy malucha i to jest strasznie fajny zabieg. Moja córa ma półtora roku, uczy się mówić, ale wciąż uśmiecha się, gdy czytamy tę książkę. Widać, że ta rzeczywistość jest jej wciąż bliska. Świetne jest to, że przekrój tamatyczny jest bardzo szeroki – mamy tutaj nazwane osoby z najbliższego otoczenia dziecka, różne sytuacje oraz rzeczy. Kolejna kwestia, która mnie totalnie zauroczyła, to to, że karmienie piersią nie jest tutaj tematem tabu. „Mniam, mniam z cycuszków mamy” – przecież to tak naturalna sprawa dla dziecka. Dlaczego by o tym nie mówić, skoro to właśnie do niego jest skierowana książka?

Ilustracje są duże, ciekawe, kolorowe, część z nich jest w dodatku zabawna, co tylko uatrakcyjnia zawartość dla malucha. Strony wykonano z grubej tektury, a rogi są zaokrąglone – czyli zadbano o wszystko, co istotne w publikacji dla najmłodszych czytelników.

Dla mnie ta książka przyniosła jeszcze jedną korzyść. Otóż od dłuższego czasu zastanawialiśmy się z mężem, jak nazywać miejsca intymne u dziewczynki. Z siusiakiem jest łatwiej, ale dziewczynka? No to dostaliśmy rozwiązanie podane na tacy. „Siusiajka u dziewczynki, siusiak u chłopca” – genialne w swej prostocie!