Pamiętam, że jakiś czas temu na jednej z grup o książkach dla dzieci pewna mama pisała, jak pani w księgarni doradzała klientce kupno baśni, bodajże Grimmów, dla malucha, bo na wszystko inne jest jeszcze za mały. I pewnie nie tylko ja uśmiechnęłam się, czytając takie słowa. Dzieci, nawet te najmłodsze, są obecnie naprawdę sukcesywnie dopieszczane przez wydawców, na co moja córa jest idealnym przykładem. Czytamy jej z mężem od zawsze, w zasadzie od kiedy dowiedzieliśmy się, że mam pod sercem lokatora. Teraz, gdy Zosia ma półtora roku, śmiało mogę powiedzieć, że jest już doświadczonym czytelnikiem. Przez nasze ręce przewinęło się już mnóstwo książek, z różnym skutekiem. Dziś pokażemy wam serie, które najlepiej sprawdziły się u nas, gdy córa miała kilka miesięcy, rok i trochę więcej.

Mamy na półce książki z przeróżnych wydawnictw i nasze doświadczenia są takie, że maluszki są najbardziej rozpieszczane przez wydawnictwo Zakamarki. Zosia upodobała sobie aż trzy serie od nich i choć powoli zaczynam czuć, że stają się dla niej za proste, to nie mam serca schować ich do kartonu, bo córa ma duży sentyment i często do nich wraca.

U nas bezapelacyjnie największym hitem okazała się seria Evy Susso. Binta, Babo, Lalo i spółka szturmem podbili serce Zosi, udowadniając przy tym, że są (ja też) nie do zdarcia – czytamy, czytamy i końca nie widać. Czasem skończymy lekturę jednej z nich, a córka od razu wraca do początku i chce jeszcze raz. To trwa od dobrych kilku miesięcy i choć ostatnio zauważam spadek częstotliwości w czytaniu tej serii, to na całkowite odstawienie się od niej się nie zanosi. Trudno się zresztą temu dziwić. To seria, którą uwielbia wiele maluszków. Fajni bohaterzy, ładne ilustacje, szczypta (albo garść) poczucia humoru, krótkie zdania i mnóstwo wesołych dźwięków, przy których może i rodzica czasem nachodzi pytanie: co ja w ogóle czytam?, ale uśmiech dziecka rekompensuje to wszystko.

Kolejna zakamarkowa seria dla najmłodszych nosi nazwę „Co wokoło” i jak sugeruje napis na okładce, jest przeznaczona dla „naj najów”, co urzeka już na wstępie. Książeczki trafiały do nas po kolei i z perspektywy czasu muszę przyznać, że najchętniej córa sięgała po „Bardzo wielki nos” i „Auto robi brum”, choć „Małemu smykowi” też nie odpuszczała. W przypadku pierwszego z wymienionych tytułów miałyśmy swój rytuał z pokazywaniem wszystkiego, co się dzieje w książce i córka bardzo to lubiła, z niecierpliwością czekając na gili-gili i buziaka. Mnie podoba się także humor tam zawarty – „pupa robi pur, pur, pur” do tej pory jest ulubioną stroną Zosi 🙂 Książeczki mają niewielki, poręczny format i grube strony, w sam raz dla malucha.

Z zakamarkowych dobrodziejstw dla najmłodszych sprawdziła się u nas jeszcze seria Anny-Clary Tidholm. „Wałkowaliśmy” ją po kilka razy dziennie, ale i tutaj Zosia miała swoje ulubione pozycje. Najpierw było to „A dlaczego?”, być może dlatego, że pojawiło się u nas jako pierwsze i dobrze je znała. Gdy zaczęła interesować się naśladowaniem dźwięków, zainteresowanie przerzuciła na „Jest tam kto?”, gdzie mogła sobie popukać w drzwi w różnych kolorach. Książeczki są wykonane z grubej tekury i choć spotkałam się z opiniami, że wielu rodziców nie rozumie ich fenomenu (w tym mój mąż), to faktem jest, że dzieci je lubią, a to najważniejsze.

Na serię „Blisko natury” trafiłyśmy stosunkowo niedawno, bo to nowość, ale myślę, że nada się ona także dla młodszych dzieci niż moja półtoraroczna córa. Mnie jako dorosłego może warstwa graficzna nie powala na kolana, ale Zosi się podoba. Fajne jest to, że książki zostały wyprodukowane w 100% z kartonu z recyklingu i użyto do ich wykonania ekologicznych farb, co może stanowić wstęp do rozmowy na temat ekologii i powtórnego wykorzystywania różnych rzeczy. Ale to oczywiście ze starszym rodzeńtwem. Dla maluszka najważniejsi są sympatyczni, zwierzęcy bohaterzy, wdzięczny i niezbyt długi tekst, który mówi o przyjaźni i ciepłych relacjach w rodzinie. W sam raz dla najmłodszych.

Myślę, że w przypadku książeczek CzuCzu największy fun dla dzieci stanowi ich forma w postaci harmonijki. Każda z czterech książek dotyczy innej tematyki. W jednej, akurat ulubionej mojej Zosi, zwierzęta pytają, gdzie jest ich mama, która pojawia się na następnej stronie. W kolejnej mamy do czynienia z przeciwieństwami, w jeszcze innej z domami różnych zwierząt. Ostatnia uczy nas liczenia do 10. Przyjemna forma i format, niewiele tekstu, za to obraz miły dla oka. Zosia lubi i często ogląda, odkąd dostała je kilka miesięcy temu.

Pucia raczej nie trzeba nikomu z was przedstawiać. U nas szał na pierwszą część, tę z wyrazami dźwiękonaśladowczymi, zaczął się jakoś w okolicach pierwszych urodzin córy, może ciut później. Widząc, jak podoba się jej książka, nabyliśmy część drugą i z tej korzystamy obecnie najczęściej, chociaż zdarza nam się wracać jeszcze do początkowych przygód Pucia, jeśli Zosia tego chce. W czym tkwi fenomen tej serii? Może to krótkie zdania dopasowane pod względem poziomu trudności do możliwości maluchów? Może sytuacje znane dzieciom z życia codziennego, które spotykamy także na kartach książek o Puciu? Może warstwa graficzna albo sympatyczni bohaterzy? Nie wiem, pewnie wszystko po trochu, ale faktem jest, że znam tylko jeden dom, w którym są dzieci, a nie ma w nim Pucia. U nas na pewno zagoszczą także kolejne części.

To jedna z moich ulubionych serii dla najmłodszych. Nazwa „Krok po kroku” jest bardzo trafiona, bo razem z nią faktycznie pokonujemy milowe kroki w życiu maluszka. Takimi ważnymi wydarzeniami w życiu dziecka jest na pewno robienie siusiu do nocnika, pożegnanie ze smoczkiem, mycie pierwszych ząbków, gdy się pojawią czy poznawanie nowych smaków, nie zawsze takich, które od razu młodemu człowiekowi podchodzą. Książeczek w serii jest kilkanaście, my mamy kilka, ale pozostałe już do nas idą i mam nadzieję, że listonosz niebawem dostarczy upragnioną paczuszkę. Ostatnio hitem stała się nas część mówiąca o miłości w rodzinie i ciepłych relacjach z przyjaciółmi. Krótkie, rymowane wierszyki naprawdę trafiają do serca, w naszym przypadku nie tylko dziecka, ale i mojego.

Z „Jano i Wito” na początku miałyśmy pod górkę. Córka nie chciała nawet dotknąć tej książki, a co dopiero wspólnie czytać. Musiała się z nią oswoić, ale gdy minęło trochę czasu, zaczęła się nią interesować do tego stopnia, że czytałyśmy codziennie. Nie wiem, czym była spowodowana początkowa niechęć. Do tej pory zdarza jej się przynieść mi część o lesie i pokazywać, że grzyby mają inną fakturę. To właśnie jest w tej serii najfajniejsze – elementy sensoryczne. Co prawda fajniej byłoby, gdyby takowe znalazły się na wszystkich stronach, ale nie wybrzydzajmy. Grunt, że dzieciom się podoba.