To, że Isadora Moon mnie do siebie przekona, wcale nie było takie oczywiste, bo powiedzieć, że nie lubię koloru różowego, to jak nic nie powiedzieć, a fakt, że właśnie w takim kolorze kupiłam sukienkę na poprawiny własnego wesela, do dziś pozostaje dla mnie niezrozumiały i staram się tłumaczyć go stresem związanym z podniosłym wydarzeniem, jakim jest ślub. Tymczasem to już trzecia książka o Isadorze, którą objęłam patronatem i… wcale tego nie żałuję!

Isadora Moon jest w połowie elfką, w połowie wampirzycą, gdyż taki właśnie nietypowy związek stworzyli jej rodzice. Tym razem zbliżają się urodziny naszej bohaterki, a ona chciałaby spędzić je… normalnie, po ludzku. Niby nic strasznego, ale gdy za przygotowanie przyjęcia weźmie się mama elfka z czarodziejską różdżką i tata wampir, może być ciekawie. Tym bardziej, że koledzy i koleżanki Isadory nie mieli do tej pory okazji poznać specyficznej rodziny swojej koleżanki. Będzie wesoło, ale też z morałem – wszyscy różnimy się od siebie i to jest fajne, kształcące, ciekawe. Świat byłby nudny, gdybyśmy byli do siebie podobni czy wręcz identyczni.

Ilustacje w książce mają trzy kolory i choć nie lubię różowego, to już jego połączenie z czarnym i białym wygląda okej i z pewnością przypadnie do gustu wielu młodym czytelniczkom. Fajnie, że powstała cała seria książek o przygodach Isadory, bo jest to bohaterka, którą da się lubić i która może zagościć w dziecięcych sercach na dłużej. Na moją Zosię książki o pół elfce, pół wampirzycy jeszcze trochę poczekają, ale widzę w nich potencjał, by w przyszłości stały się dla mojej córy lekturą, po którą będzie ona sięgać z przyjemnością.

Książkę zrecenzowałam i objęłam patronatem dzięki uprzejmości Wydawnictwa Akapit Press.