Podobno praca nad „Nędznikami” trwała prawie dwadzieścia lat. Dużo, nawet bardzo. Ale biorąc pod uwagę efekt końcowy, z pełnym przekonaniem stwierdzam: warto było dopieszczać utwór, aby uzyskał swój obecny, idealny wręcz kształt. Miałam to szczęście, że drugi tom tego arcydzieła literatury światowej czekał już na mnie na półce, bo gdybym musiała czekać po skończeniu tomu pierwszego, nie wiem, jak bym to zniosła. Wiedziałam, że będzie równie dobry, ale przyznaję, że autorowi udało się mnie zaskoczyć.

Bo poza wszystkimi peanami, które wypisywałam na temat pierwszej części, dostałam coś więcej. Zeszliśmy z wyżyn pełnych cnót na ziemię, by dzielić losy bohatera bardzo ludzkiego, z wszelkimi przymiotami człowieka – tymi dobrymi, ale też mniej korzystnymi. I one także były niezwykle wciągające, chłonęłam je, czytając kolejne strony i budując szczery podziw i szacunek dla mistrza, jakim jest Victor Hugo.

Genialnym posunięciem jest w moim odczuciu przeciwstawienie sobie Valjeana i Javerta, z których każdy reprezentuje ważne z punktu widzenia porządku społecznego, ale też tak po prostu, po ludzku istotne wartości, bezwzględnie pozytywne. Nie sposób ich jednak pogodzić i ta sprzeczność to prawdziwy majstersztyk w wykonaniu autora.

Tło historyczne, które nie jest niestety moją mocną stroną, po raz kolejny zostało przedstawione w taki sposób, że nie miałam problemów z brnięciem przez akcję, za co również kłaniam się autorowi, bo to niełatwe zadanie. Cóż, powiedzieć o tej monumentalnej powieści można dużo, ale to wciąż będzie za mało. To jest po prostu coś, co trzeba przeczytać, przetrawić i wracać do lektury, bo co do tego, że nie będzie to moje jedyne z nią spotkanie, jestem pewna.