Najpierw w naszym domu pojawiła się ksiażka z jednej z popularnych serii dla najmłodszych, a później temat bębenka był już „wałkowany” dosłownie po kilkanaście (i więcej) razy dziennie. Zosia potrafiła go znaleźć w każdej napotkanej książeczce, bez względu na to, czy stanowił rekwizyt pierwszo czy drugoplanowy. Od kilku miesięcy w moich uszach wciąż dźwięczy bam-bam, bo córa ze wszystkiego robi sobie bębenek. Jest nim stolik, łóżeczko, drzwi, meble, książki – wszystko, na czym tylko można wygrać te krótkie dźwięki – bam-bam. Było więc kwestią czasu, aż prawdziwy bębenek zawita w naszym domu.

Zamiast bębenków wygrywających różne melodie, postawiliśmy na klasyczny bębenek marszowy, gdyż uważam, że taki w dłuższym okresie przyniesie córze coś więcej ponad dobrą zabawę, a mianowicie naukę wybijania rytmu. Bębenek marszowy, który wybrałyśmy, jest w przyjemnym, żółtym kolorze – ulubionym Zosi. Jest dość sporych rozmiarów (średnica 21 cm), ale nie jest za duży dla szesnastomiesięczniaka, jakim jest moja córka. Powiedziałabym raczej, że gabarytowo jest taki akurat. Na pewno zaletą jest sznureczek, który można do niego przytwierdzić, by grać, trzymając instrument na szyi. Niestety Zosi taka forma na razie nie interesuje i uparcie gra na podłodze, nad czym trochę ubolewam, bo gdy gra się „w powietrzu”, dźwięk jest o wiele lepszy. Cóż, nic na siłę, może jeszcze Zosia zmieni zdanie. Tym, co bardzo spodobało się mojej córze, są plastikowe pałeczki do grania – wykorzystuje je nie tylko na bębenku, ale także przy wspomnianych wyżej rzeczach imitujących bębenek, ciesząc się z tego, że odkrywa nowe dźwięki – w końcu każdy materiał wydaje inne.

Bębenek wydaje się trwały, bo też Zosia odkąd do nas trafił, usilnie sprawdza jego wytrzymałość, często grając z całej siły, jak jej ulubiony grajek z książki. Mimo wszystko wciąż jest on w jednym kawałku. Plastikowe elementy sprawiają, że jest on lekki, co w przypadku maluchów jest istotne, zwłaszcza jeśli chciałyby one skorzystać ze sznureczka i grać na stojąco. Nie posiada on natomiast żadych małych elementów, które byłyby potencjalnym zagrożeniem – dziecię po prostu nie ma co połknąć.

W swojej kolekcji instrumentów muzycznych mamy już rzeczony bębenek marszowy, tamburyn, grzechotkę, gwizdek, kołatkę i wciąż nam mało! Przymierzamy się do kolejnych instrumentów, bo tworzenie dźwięków to jedna z najpiękniejszych aktywności, jakie mogą być udziałem dziecka, także takiego maluszka jak Zosia.

Zabawkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości portalu aleMaluch.pl.

Zabawkę kupicie tutaj.