Siegając po książkę Leszka Orłowskiego, uśmiechałam się pod nosem i miałam ochotę powiedzieć: kibicowałam Atletico, zanim to było modne. No dobra, kibicowałam to może określenie przesadne, być może nawet bardzo, niemniej był czas, kiedy jako jeszcze dzieciak zapałałam „miłością” do Fernando Torresa i czytając jego historię, a konkretnie to, że dziadek, fan Atletico, zaszczepił we wnuku miłość do futbolu i klubu, liczyłam, że zostanie on tam na zawsze. Naiwne myślenie? Cóż, na szczęście Stevie Gerrard udowodnił mi, że to wykonalne, choć trzeba też przyznać, że trochę mnie tym swoim idealistycznym podejściem zepsuł. Później wielokrotnie chciałam widzieć w kimś drugiego Gerrarda, zwłaszcza na naszym rodzimym podwórku, a niestety żaden z moich ulubieńców nim nie został. Gerrard jest tylko jeden.

Epizod z Torresem to moje pierwsze spotkanie z Atletico. Kolejne to już era Diego Simeone i właśnie o tym będzie ta książka. Czytałam publikację Leszka Orłowskiego dotyczącą Realu Madryt i choć muszę przyznać, że była niezła, to „Atletico” jest o niebo lepsze! Oczywiście duża w tym zasługa autora i jego plynności narracji, bez zbytniego  skupiania się na statystykach i suchych faktach, niemniej kluczową rolę odgrywają tu ludzie, o których Orłowski pisał, z Simeone na czele. Takiej charyzmy, zaangażowania i jedności z klubem nie spotyka się na co dzień. To cechuje tylko najlepszych, a do takich można szkoleniowca Atletico z pewnością zaliczyć. Z przyjemnością czytałam o tym, jaką metamorfozę madrycki klub przeszedł pod wodzą Argentyńczyka, o tym, jak bezkompromisowo podchodzi on do spraw klubowych, nie idąc na żadne ustępstwa przed klubowymi „władzami”. Cudzysłów jest tutaj jak najbardziej na miejscu, bo to Simeone jest władzą w Atletico i jak widać, klub bardzo dobrze na tym wychodzi. Był Alex Ferguson, jest Simeone i tak po cichu, pewnie trochę naiwnie, marzy mi się, że to właśnie w tym kierunku będzie szła piłka. Charakterność trenera przekłada się na waleczność na boisku i decybele na trybunach, a przecież o to w piłce chodzi.

W książce znalzało się również miejsce na fotografie, co zawsze bardzo cenię w przypadku publikacji o tematyce sportwej, w innych zresztą też. Pozwala to ukierunkować wyobrażenia o tym, o czym czytamy. Po lekturze stwierdzam, że nie czytałam jeszcze żadnej książki o hiszpańskiej piłce, która by nie przypadła mi do gustu. Ale tak to już chyba jest, że takie książki przyjmują cechy tych, których dotyczą. „Atletico” jest więc lekturą pełną pasji, zaangażowania i przekonania, że futbol stanowi bardzo istotną część życia człowieka. Czytasz o Simeone i zaczynasz rozumieć, co czują kibice madryckiego klubu na trybunach – czujesz się tego częścią, niezbędnym elementem klubowej układnaki, prawdziwym dwunastym zawodnikiem, a czy trener może dać kibicom coś piękniejszego niż poczucie współtworzenia drużyny?

Moja ocena: 9/10

Tytuł: Atletico Madryt. Cholo Simeone i jego żołnierze

Autor: Leszek Orłowski

Wydawnictwo: SQN