Nadszedł dzień, kiedy pora pożegnać się z serią Brandona Sandersona o sympatycznym Alcatrazie Smedrym i jego przygodach. Przez pięć tomów śledziłam jego losy, raz zaśmiewając się do łez, to znów grożąc palcem autorowi, który nie szczędził sobie pogrywania z czytelnikiem i przerywania akcji w najciekawszych momentach. To właśnie dzięki tej serii przekonałam się, że fantastyka, nawet ta w wydaniu dla młodszych pożeraczy słowa pisanego, nie gryzie. Ba! Potrafi dostarczyć mnóstwo radochy i w ogóle całej gamy różnorodnych emocji. I teraz mam się zgodzić na koniec? A może… nie będę musiała?

Jaka zatem jest piąta i ostatnia (?) część serii Alcatraz kontra Bibliotekarze? Tak samo dobra, jak poprzednie! Może nawet lepsza, bo jakby trochę dojrzalsza. Po tym, jak udało się uratować Mokię, nasz bohater wypowiada kolejną wojnę Bibliotekarzom, równocześnie licząc na to, że uda mu się uratować Bastylię, gdyż ta zapadła w śpiączkę. Alcatraz bez Bastylii, jedynej osoby, która potrafiła sprowadzić go na ziemię? Aż trudno sobie wyobrazić, do czego to może doprowadzić!

Sanderson po raz kolejny bawi się interakcją z czytelnikiem i osobiście uważam to za jedną z największych zalet całej serii. To czasem wkurza, ale w końcu literatura temu właśnie ma służyć – wyzwoleniu emocji. Nie brakuje tutaj zaskakujących zwrotów akcji, takich, gdzie czytelnik chce krzyczeć: Stop! Nie rób tego! No i jeszcze zakończenie, którego oczywiście nie zdradzę… Lubię myśleć, że to jednak jeszcze nie koniec, że autor po raz kolejny sobie z nami pogrywa.

Seria zdecydowanie warta polecenia. A że dobrem trzeba się dzielić, powędrowała do mojej siostrzenicy, której także nie omieszkam wypytać o wrażenia. Coś czuję, że będą zbieżne z moimi!

Książkę zrecenzowałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa IUVI.