Czasem musi upłynąć trochę czasu od skończonej lektury, aby napisać recenzję, bo na świeżo powstałby jedynie zlepek ochów i achów, okraszony przeróżnej maści peanami na cześć autorki, która książkę stworzyła. Tak było z moim odbiorem „Małego Licha i tajemnicy Niebożątka” Marty Kisiel. Tę publikację odłożyłam na półkę dobre dwa tygodnie temu i dopiero dziś, gdy emocje opadły, jestem w stanie napisać coś sensownego.

Poznajcie Bożka lub inaczej – Niebożątko, sympatycznego chłopca, który ma nietypową rodzinę, prywatnego Anioła Stróża ze słabą odpornością i całkowicie pokręcony dom, w którym dzieją się niewytłumaczalne dla zwykłych ludzi rzeczy. I generalnie rzecz biorąc, Bożek lubi to swoje chaotyczne życie, gdzie nie ma miejsca na normalność. Nadchodzi jednak taki dzień, gdy Niebożątko musi wybrać się do szkoły, gdzie dowiaduje się, że… jest dziwakiem! Jak ta wiadomość, mocno krzywdząca, wpłynie na naszego bohatera?

„Małe licho” to opowieść o trudach dojrzewania – ono w końcu nigdy nie jest łatwe, o byciu innym i funkcjonowaniu jako inny w społeczeństwie, o odwadze, jaką trzeba w sobie mieć, by się na to porwać. I o tolerancji – czymś tak ważnym w obecnych czasach.

Brzmi dobrze? Pewnie, w końcu książka porusza wiele istotnych tematów, na które warto rozmawiać z dziećmi, a ta lektura może stać się dobrym do tego wstępem. Ale prawdziwy zachwyt książką Marty Kisiel przychodzi, gdy zaczya się mówić o warstwie literackiej. To prawdziwy majstersztyk językowy! Każde słowo ma tu swoje miejsce, jest właściwe, adekwatne i żadnego nie zmieniłabym na inne! Czytając, rozkoszowałam się każdym zdaniem! Nie mam pojęcia, jak autorka tego dokonała, ale literacko powstał tekst idealny – czapki z głów!