Lalki to mój wyrzut sumienia. Nie ubieram córy w różowe tiule, wychodząc z założenia, że jeśli będzie lubiła te klimaty, gdy podrośnie, zaczniemy je kupować. Ale wtedy będzie to jej świadomy wybór. Dla mnie nadmiar różu wcale nie czyni z dziewczynki księżniczki, raczej różową bezę. No i jakoś tak podświadomie założyłam, że skoro nie nosimy się na różowo, to i lale jakoś do Zochy i jej temperamentu nie pasują. Do niedawna w naszym domu było mnóstwo aut przeróżnej maści i… ani jednej lalki. Aż pewnego dnia powiedziałam „w gościach”, ze Zosia nie bawi się lalkami i usłyszałam od teściowej, że nie bawi się, bo ich nie ma. Postanowiłam zatem zrobić mały eksperyment i w naszych czterech ścianach zawitała rozgadana lala Tammy.

Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy, było solidne opakowanie, dzięki czemu nie ma obaw, że cokolwiek ulegnie uszkodzeniu w trakcie transportu. Zośce aż się oczy zaświeciły do nowej zabawki i nawet próbowała mi pomóc z jej odpakowywaniem, byle szybciej się do niej dobrać – taki mój prywatny paczkootwieracz 🙂

Otworzyłyśmy i… zaczęło się! Nie sądziłam, że w moim dziecku są takie pokłady troskliwości! Bo Zosia najpierw dokładnie obejrzała lalę z każdej strony, potem dodatkowe akcesoria, czyli buteleczkę i smoczek, ten ostatni spróbowała nawet sama pociumkać, porównując ze swoim, a następnie zaczęła się lalą opiekować. Sama wydedukowała, że buteleczką trzeba nakarmić tę małą istotę. Bardzo też spodobało jej się wymienianie smoczka na butelkę i odwrotnie.

Kurczę, muszę przyznać, że to naprawdę przyjemne uczucie, gdy widzi się tyle czułości z udziałem swojej pociechy. Lala jest mniejsza od mojej córy i chyba po prostu podświadomie uznała, że musi się nią zaopiekować, tak jak mama nią 🙂 Tak więc poza karmieniem Zosia robi Tammy tuli-tuli, buzi-buzi i moja-moja. Przynosi mi też pieluszkę, żeby ją ubrać lali. W końcu ona też jest mała, więc trzeba ją przewinąć 🙂

A już kiedy usłyszała, że jej nowa przyjaciółka wydaje różne dźwięki, śmiechom nie było końca! Zwłaszcza, że brzmią one jak u prawdziwego bobasa i jest ich dużo, aż 21. Skończyło się na tym, że… usnęły razem, a to zawsze na mnie Zosia zarzuca tak swoją rączkę. Rozkoszny widok! Co istotne w przypadku mojej córy – ta fascynacja nie była jednodniowa, trwa już jakiś tydzień, a lala ani raz nie wylądowała w kącie rzeczy, które się znudziły!

Czasem jest tak, że najlepszą recenzją jest obraz. Myślę, że dokadnie tak jest w tym przypadku. Widzieć uśmiech na twarzy Zosi i to, jak troszczy się o swoją lalę, to coś bezcennego. Szkoda, że spotkałyśmy się dopiero teraz, ale dobrze, że w ogóle. I teraz prędko się nie rozstaniemy.

Lalę zrecenzowałyśmy dzięki uprzejmości portalu alemaluch.pl.

Zabawka do kupienia tutaj.