Grono uznanych polskich pisarek sukcesywnie się powiększa, ale tak naprawdę tych prawdziwie popularnych wciąż jest niewiele.  Zdecydowanej większości z nich dałam już przynajmniej jedną szansę, ale choć o Beacie Majewskiej głośno jest od dłuższego czasu, jakoś nasze ścieżki się nie stykały do tej pory. To się jednak w końcu musiało zmienić, bowiem książki tej autorki wydawane przez wydawnictwo Książnica są tak efektowne pod względem wizualnym, że okładkowa sroka (czytaj: ja) musiała się w końcu na którąś z nich skusić. Wybór padł na „Zapisane w chmurze„. Tytuł dość enigmatyczny, tak więc naprawdę zaczynałam lekturę z czystą kartą, na której dopiero miałam sobie wyrobić zdanie o tej autorce.

Magda, główna bohaterka, to kobieta w średnim wieku, z zawodu nauczycielka, ale mentalnie – po prostu żona swojego męża, biznesmena o empatii może nie na poziomie ameby, niemniej niewiele większej. Rola wiecznie uległej i pozornie zadowolonej żony zaczyna jednak Magdzie ciążyć coraz bardziej, w związku z czym postanawia ona zrobić coś, o co nikt by jej nie podejrzewał – wyruszyć w kilkutygodniową podróż po Rumunii, gdzie jej przewodnikiem ma zostać młoda Rumunka o imieniu Julia. Jak duże musi być jej zdziwienie, gdy na miejscu okazuje się, że Julia to… Julian, atrakcyjny chłopak, który nie chciał wyprowadzać jej z błędu, by nie stracić szansy na zarobek.

I o ile Łukasza, męża głównej bohaterki, jakoś tak od pierwszych stron polubiłam, choć w sumie nie bardzo miałam za co, tak Magda momentami działała mi na nerwy. Z  bardzo prostego powodu – nie potrafiła lub może nie chciała rozmawiać o swoich potrzebach. Liczyła, że mąż sam się w nich zorientuje, a gdy to się nie działo, frustracja kumulowała się, aż w końcu musiała znaleźć ujście.  Życie niejednokrotnie pokazuje, że to tak nie działa. Jeśli facetowi nie wyłoży się kawy na ławę, to on nie zrozumie i wszystko zrzuci na zmienne nastroje, PMS czy jeszcze inne kobiece sprawy. Dialog to bardzo ważna w obecnych, zapracowanych czasach umiejętność, a odnoszę wrażenie, że w tym małżeństwie właśnie tego zabrakło – rozmowy o własnych potrzebach i oczekiwaniach, próby spotkania się w połowie drogi. Wbrew pozorom ta moja irytacja główną bohaterką nie stanowi wady książki, ale jej zaletę. Bo autorka dotyka bardzo ważnego i częstego problemu z prawdziwego życia – nieumiejętności rozmowy o tym, czego się w związku oczekuje.

Bardzo fajnie, że można było się z książki dowiedzieć także czegoś o samej Rumunii, choćby o spuściźnie Ceauşescu. I choć nie weryfikowałam tych informacji, to znając nieco renomę tego człowieka, zawierzyłam autorce, że tak to właśnie może wyglądać.

Bardzo przyjemna lektura, która przekonała mnie do autorki, po której kolejne książki również sięgnę z przyjemnością. Ta nowość z pewnością odbije się szerokim echem w czytelniczym świecie.