Hmm… nadszedł ten czas, kiedy wewnątrz mnie batalię toczę dwie części mojej osobowości i chyba najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby każda z nich napisała swoją, skrajnie różną, recenzję. Te części to zgrywus ceniący poczucie humoru oraz nauczyciel, który jednak chciałby, aby książka była dla dziecka inspiracją, a ta… cóż, mam nadzieję,  że ta nie będzie 😉

Być może mój odbiór byłby inny, gdybym nie spodziewała się czegoś zupełnie odmiennego. „Pieluszka Maksa” – to brzmiało jak idealne preludium do odpieluchowania, które za jakiś czas przed nami. Sądziłam, że tytułowy Maks będzie pozbywał się pieluszki, że będą tu te wszystkie nocniczki i brawa za siusiu  w nich. Tymczasem Maks rzeczywiście pozbył się pieluszki, w którą ubrał psa, a sam… nasiusiał na podłogę! Śmieszne? Owszem, ale wciąż mam pewne obawy, czy ten pomysł nie zostanie podchwycony przez małych czytelników 🙂

Skoro wiemy już, co w środku i każdy z Was może osądzić we własnej głowie, czy chce czytać tę historię dziecku, skupmy się trochę na wykonaniu. Bo tutaj jest bardzo dobrze. Poręczny, kwadratowy format będzie w sam raz dla małych rączek, podobnie jak grube strony z tektury. Kreska w ilustracjach jest miła dla oka, taka typowa dla literatury skandynawskiej.

Myślę, że ta książka będzie miała zarówno swoich zwolenników, jak też przeciwników. W moim przypadku zależy której części osobowości zapytać 🙂

Moja ocena: 7/10

Tytuł: Pieluszka Maksa

Autor: Eva Eriksson, Barbro Lindgren

Wydawnictwo: Zakamarki