Niezbyt często sięgam po czasopisma, nawet jeśli dotyczą literatury. Sama nie wiem dlaczego. Być może drażni mnie, że artykuły są krótkie, że dopiero zaczynam czytać, a już zbliżam się do końca. Zdecydowanie wolę dłuższe formy literackie. Czasem jednak zdarza mi się robić wyjątek, jeśli coś mnie zaintryguje. Tak było także tym razem – w końcu sama za dzieciaka chętnie czytałam „Świerszczyka”, a jego rekomendacja to nie byle co. Zwłaszcza że sama zostałam mamą, więc dobrze wiedzieć, co nowego i ciekawego dla najmłodszych w trawie piszczy.

„Moje maluchy” to miesięcznik przeznaczony dla najmłodszych odbiorców. Na okładce widnieje napis „2+” i przeglądając zawartość numeru pierwszego, bo też jest to nowość na rynku wydawniczym, rzeczywiście muszę przyznać, że część dwulatków będzie już w stanie poradzić sobie z tymi zadaniami, choć oczywiście nie jest to reguła, bo dwa lata to wiek, w którym różnice w tempie rozwoju na różnych płaszczyznach bywają dość duże.

Czasopismo ma w moim odczuciu duży potencjał, aby zaistnieć na rynku i zdobyć popularność wśród maluchów i ich rodziców. Ma na to wpływ kilka podstawowych zalet, które w tym miejscu chciałabym wymienić.

Po pierwsze i najważniejsze – format. Duży, mniej więcej dwa razy A4. Co z tego, że na rynku można znaleźć publikacje skierowane do dwulatków, skoro format niewiele większy od tradycyjnych książek często wyklucza aktywny udział dziecka w zabawie z bardzo prostego powodu – jego małe rączki nie są przystosowane jeszcze do działań na tak małej powierzchni. Dziecko dopiero uczy się dokładności, ale robi to z rozmachem i potrzebuje dużo przestrzeni, aby ćwiczyć coś tak skomplikowanego na tym etapie rozwoju jak grafomotoryka czy szerzej – motoryka mała.

Po drugie – instrukcja jest obrazkowa, a nie słowna. To genialny pomysł, gdyż dziecko i tak samo nie przeczyta treści zadania. Za to w przypadku formy graficznej może pokombinować, może nie przy pierwszym numerze czasopisma, ale przy kolejnych już tak – na zasadzie analogii. Tym bardziej, że zachęca d tego sympatyczny skrzat, który podpowiada, co należy na danej stronie zrobić. A jeśli i tak rodzic będzie musiał wytłumaczyć zadanie? Co z tego? Przecież on też zrozumie instrukcję obrazkową, nie potrzebując do niej tłumaczenia słownego.

Kolejną zaletę stanowi tematyka, choć w tej kwestii piszę trochę na wyrost, to w końcu dopiero pierwszy numer. Niemniej w tym numerze dziecko spotka się ze zwierzętami w gospodarstwie wiejskim, a jak wiadomo zwierzaki to jeden z ulubionych motywów przewodnich maluchów. Podoba mi się kreska i całościowe opracowanie graficzne – zwierzęta są sympatyczne, kolorowe, z wyraźnie zaznaczonymi konturami i przede wszystkim – duże!

Następny plus to zróżnicowanie zadań – spora ich część opiera się na ćwiczeniach grafomotorycznych, ale to dobrze, w końcu to jedna najtrudniejszych do wyćwiczenia umiejętności. Kreślenie po śladzie, kolorowanie – to wcale nie jest takie łatwe, gdy ma się lat kilka, a ręka nie zawsze chce współpracować z tym, co widzi oko. Ale są też proste szeregi, zadania na spostrzegawczość, w których należy otaczać kolorowymi pętelkami takie same zwierzątka, jest prosty labirynt, łączenie w pary i odszukiwanie różnic – cała paleta ćwiczeń pozwalających kształcić i doskonalić bardzo ważne umiejętności. I warto to robić już od najmłodszych lat.

No i jeszcze naklejki – coś, co dzieciaki wręcz uwielbiają. Tutaj pełnią funkcję edukacyjną, gdyż wykorzystuje się je w niektórych zadaniach, na przykład tych z szeregami. Bardzo fajnie pomyślane, naprawdę twórcy wiedzieli, co robią. I zrobili to dobrze – istnieją bardzo duże szanse, że dziecko po prostu taka forma zabawy połączonej z nauką zainteresuje.

Czy mogę się do czegoś przyczepić? Normalnie w publikacjach skierowanych do najmłodszych postuluję twarde oprawy, aby dłużej przetrwały one starcia z dziecięcą wyobraźnią. Ale w przypadku publikacji o takim charakterze odpuszczam. Dziecko ma tutaj działać, a jeśli czasopismo się przy tym zniszczy, to trudno.

Moja ocena: 8,5/10

Tytuł: Moje maluchy