Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że z Alcatrazem Smedrym znamy się jak łyse konie. Śledzę jego przygody od samego początku, w każdym tomie odnajdując nowe cechy tego sympatycznego, choć pechowego młodzieńca, który na każdym kroku stara się przekonać Czytelnika, że nie warto na niego liczyć, bo daleko mu do odwagi, znacznie bliżej do egoizmu, a tak w ogóle to jest tak głupi, że aż nazywa się gupim. Jakoś mu to nie bardzo jednak wychodzi, bo przez te kilkaset stron (chyba nawet przekroczyliśmy już 1000!), kiedy towarzyszę mu w jego przygodach, nie przestałam go lubić, a moja sympatia raczej wzrasta.

Co tym razem zaserwował nam autor? Otóż Alcatraz po raz pierwszy świadomie, z własnej, nieprzymuszonej woli wyrusza komuś na pomoc. Nie jest to dziełem przypadku czy chłodnej kalkulacji, nasz bohater po prostu stwierdza, że tak trzeba, a potem sam jest zaskoczony tym stwierdzeniem. Razem z Bastylią i kilkorgiem innych kompanów, z których część to utalentowani Smedry (wiedzieliście na przykład, że bardzo zła znajomość matematyki może obrócić się na waszą korzyść?), wyruszają na ratunek Mokii, którą chcą podbić Bibliotekarze. Sprawa wydaje się trudna, prawie beznadziejna, ale Alcatraz ma pewien plan, a plany Smedrych to nie lada gratka dla Czytelników.

Oczywiście nasz bohater nie rezygnuje także z nieistotnych dygresji, którymi stara się nas zirytować. W czwartym tomie dorzuca do tego także złą numerację rozdziałów i omijanie wydarzeń, które podobno opisał, ale gdzieś się zapodziały. Pech chciał, że były to naprawę ciekawe fragmenty opowieści. Nieładnie, Alcatrazie, nieładnie!

Dziwnie się czuję z myślą, że przede mną jeszcze tylko jeden tom przygód Alcatraza i spółki. Z jednej strony jestem ciekawa, bo zbliżamy się do sceny z ołtarzem i książkami, o której Al pisał na początku tomu pierwszego, ale z drugiej – zdążyłam już zżyć się z bohaterami tej serii i na pewno będzie mi ich brakowało.

Moja ocena: 8/10

Tytuł: Zakon rozbitej soczewki

Autor: Brandon Sanderson

Wydawnictwo: IUVI

Stron: 288