Panieńskie nazwisko zobowiązało mnie do tego, aby dotrzeć do tej publikacji. W końcu przez długie lata nazywana byłam Stefką lub zwyczajnie Stefanem, a jeśli moja córa będzie miała kiedyś brata, będę się starała przeforsować dla niego to właśnie imię, wbrew temu, co mówi mąż. Tak więc niegdysiejszy Stefaniec sięgnął po książkę o wdzięcznym tytule „Mój przyjaciel Stefan”.

Na uwagę zasługuje dość nietypowa fabuła. W końcu nie na co dzień czytamy o sowie, która kiedyś występowała w TV, by następnie zarabiać na życie wierceniem dziur i rozkręcić własny biznes. Pomysł był lotny, dosłownie i w przenośni. A co powiecie na sowę na kasie w markecie? Stefan to naprawdę ciekawy gość i dobry przyjaciel – a jakże! – co potwierdza narratorka opowieści.

Wygląda na to, że spotkałam kolejną ciekawą przedstawicielkę skandynawskiej literatury dla dzieci. Eva Lindström stworzyła postać, która oddziałuje na wyobraźnię młodego Czytelnika, ale także wydaje się swojska, znajoma, mieszkająca w sąsiedztwie. Wykonuje w końcu prace takie, jak wszyscy wokół – czyjś tato pracuje na budowie, a mama czy ciocia w sklepie. Ktoś rozkręca własny interes, dzięki któremu może uczyć innych, by nie rezygnowali z marzeń. Nawet jeśli wydają się odległe czy niemożliwe. Stefan to trochę taki sowi mówca motywacyjny. Ludzie nie latają? Niby trudno się z tym nie zgodzić, a jednak ktoś kiedyś postanowił obejść przyrodzone ograniczenia i tak wynaleziono samoloty. Chcieć to móc i nasz bohater jest na to najlepszym przykładem.

Myślę, że dużym plusem tej książki jest to, że tak naprawdę trudno przewidzieć, co zastaniemy na kolejnej stronie. Stefan potrafi zaskakiwać i czyni to na każdym kroku, co dla lektury oznacza, że jest w stanie utrzymać uwagę Czytelnika na dłużej i na stałym, wysokim poziomie, co w przypadku kilkulatka wcale nie jest takie znów oczywiste.

Moja ocena: 8/10

Tytuł: Mój przyjaciel Stefan

Autor: Eva Lindström

Wydawnictwo: Zakamarki

Za okazane zaufanie i udostępnienie egzemplarza do recenzji serdecznie dziękuję

Wydawnictwu Zakamarki!