Uwielbiam książki, które zaczynają się jakąś niebanalną, trudną do odgadnięcia tajemnicą. Niełatwo zastąpić czymś ten dreszczyk emocji towarzyszący lekturze, kiedy autor stopniowo, krok po kroku, przekazuje Czytelnikowi kolejne elementy łamigłówki, zbyt małe jednak, by ułożyły się one w całość. Błądzę ścieżkami wytyczonymi przez twórcę, co czasem – przyznaję – jest frustrujące, ale w głębi duszy jestem mu za to wdzięczna. Bo im dłużej będzie mnie trzymał w bezpiecznej odległości od skrywanego na kartach powieści sekretu, tym większą przyjemność sprawi mi rozwikłanie zagadki na końcu. Też lubicie ten stan permanentnego napięcia? Sięgnijcie zatem po „Tajemnicę Mirtowego Pokoju”.

Sarę Leeson poznajemy, kiedy jest jeszcze na służbie u swej umierającej pani. Główna bohaterka to postać skryta, nieoczywista, młoda dziewczyna w ciele staruszki. Czytelnik już od pierwszych scen zastanawia się, jaka tragedia musiała w przeszłości być udziałem Sary, która przedwcześnie posiwiała, całkowicie. Nie dowiemy się jednak tego tak prędko, jak byśmy chcieli. Nie będzie zresztą czasu na dłuższe się nad tym zastanawianie, bo na łożu śmierci pani i opiekunka Sary zechce wyznać swojemu mężowi tajemnicę, która zaważyć może na losach wielu niewinnych osób. Sara, jako wspólniczka sekretu swojej pani, zostaje zobligowana do spisania listu i wyjawienia w nim prawdy obciążającej obie kobiety. Wciąż nie mamy jednak pojęcia, o jaką zagadkę z przeszłości chodzi. Kiedy pani Treverton wydaje ostatnie tchnienie, okazuje się, że nasza bohaterka nie ma na tyle odwagi, by oddać list mężowi zmarłej. Nie łamiąc złożonej pod przysięgą obietnicy, postanawia ukryć list w opuszczonym Pokoju Mirtowym, gdzie – jak ma nadzieję – nikt nigdy go nie znajdzie. Następnie opuszcza dom Trevertonów i znika na całe…piętnaście lat.

Kiedy po raz kolejny spotykamy Sarę Leeson, jest ona schorowaną, znerwicowaną kobietą, około pięćdziesięcioletnią. Część bohaterów pożegnała się już ze światem żywych, pozostali dorośli, założyli rodziny. I właśnie wtedy splot przypadkowych zdarzeń sprawia, że tajemnica Mirtowego Pokoju może zostać odkryta, w dodatku przez osobę najbardziej do tego niepowołaną. Sara postanawia zrobić wszystko, aby do tego nie dopuścić. Co skrywa napisany na łożu śmieci przed laty list i czy prawda wyjdzie na jaw?

Przekonajcie się sami, sięgając po książkę Wilkie Collinsa. Autor po raz kolejny nie zawiódł moich oczekiwań, choć ta opowieść różni się od pozostałych jego autorstwa, które przyszło mi czytać. Akcja jest bardziej wartka, szybciej się toczy, zaskakuje Czytelnika, podsuwa mu rozwiązania, które za chwilę neguje nowymi faktami. Wciągająca, oryginalna, z zakończeniem, jakiego zupełnie się nie spodziewamy. Zdecydowanie warto przeczytać.

Ulubione cytaty:

„Mądry człowiek to taki, który nie przeszkadza swemu sercu w jego naturalnym zajęciu, jakim jest pompowanie krwi”.

Moja ocena: 9/10

Tytuł: Tajemnica Mirtowego Pokoju

Autor: Wilkie Collins

Wydawnictwo: MG

Stron: 368

Za okazane zaufanie i udostępnienie egzemplarza do recenzji serdecznie dziękuję

Wydawnictwu MG!