cien-burzowych-chmur-spacer-aleja-rozNowa Huta – dwa słowa, które u wielu nie wzbudziłyby zachwytu, dla mnie są wyjątkowe. To właśnie tam, w starej kamienicy z widokiem na zielony park, kilka kroków od Alei Róż przyszło mi spędzić jedne z najlepszych lat w życiu. Nie zliczę już nawet sytuacji, w których bliżsi lub dalsi znajomi łapali się za głowę, nie rozumiejąc mojego przywiązania – przecież daleko do centrum, żadnego klubu z prawdziwego zdarzenia, wokół pełno dresów i po zmroku lepiej nie wychodzić z domu. Nieliczni rozumieli. Ale żeby zrozumieć tę moją symbiozę z „najmłodszą siostrą Krakowa”, trzeba to miejsce poznać.

Daleko do centrum? Mieszkałam na Centrum z dodatkiem jednej z początkowych liter alfabetu, tuż przy Placu Centralnym, który za każdym razem do dziś budzi mój zachwyt. Żadnego porządnego klubu? Wystarczyła mi Warka na Szkolnym, Kombinator z jego plakatem przyprawiającym o uśmiech („Możesz wyrwać chłopaka z Huty, ale nie wyrwiesz Huty z chłopaka”) i mrocznymi toaletami w podziemiach (jeszcze przed remontem), czasem pizza na Pleszowie – ot, tak, dla samego klimatu przejażdżki starym tramwajem na tamtejszą pętlę, przywodzącą na myśl ucieczkę od cywilizacji. Uwielbiałam gofry z wiśniami przy Alei Róż – nigdzie później takich nie dostałam! Z sentymentem wspominam wizyty w Stylowej i domowe obiady u Zosieńki, gdzie zawsze się zastanawiałam, czy pani stojąca za ladą nosi właśnie to imię. Po co mi Błonia, skoro pod nosem mam Łąki Nowohuckie? I mogłabym tak wymieniać jeszcze długo, uśmiechając się do wspomnień…

Pokochałam Hutę właśnie za tę jej inność. Za brak pośpiechu i natłoku turystów. Za to, że ludzie w tym zabieganym świecie znajdowali czas, by choć na chwilę przysiąść na ławce przy Centralnym, a stoliki do szachów w Parku Ratuszowym były ciągle zajęte. Miło było patrzeć, jak ludzie zapominają o wyścigu szczurów i…po prostu żyją. Nowa Huta to nie dresi i chuligani, Nowa Huta to ludzie, którzy nie dali się zwariować nowoczesnym trendom, którzy żyją po swojemu. Intensywniej. Lepiej.

Niech ten przydługi wstęp będzie zapowiedzią książki „Cień burzowych chmur” – pierwszej części serii „Spacer Aleją Róż” Edyty Świętek. Już sam jej początek w postaci autorskiego komentarza sprawił, że moje serce zaczęło bić mocniej. Huta widziana oczami autorki to miejsce niemal magiczne. Kiedy czytasz o tych wszystkich zakamarkach, po których i ty nieraz błądziłeś, masz wrażenie, że spotkało cię w życiu coś naprawdę fajnego, co pozostanie z tobą już do końca.

Książka opowiada o losach rodziny Szymczaków w trudnych latach powojennych, kiedy państwo wzorem wschodnich sąsiadów postanowiło włączać własność prywatną do majątku pozornie wspólnego, zabierając ludziom to, co dla wielu było najważniejsze – uprawianą od pokoleń ziemię. Bronek, najstarszy z Szymczaków, wskutek slotu niefortunnych zdarzeń zmuszony jest opuścić rodzinną wieś, a los gna go do miejsca, w którym jego życie ma się odmienić, nie wiadomo jednak czy na lepsze. Mężczyzna zatrudnia się jako robotnik i bierze udział w doniosłym wydarzeniu na skalę całego kraju – w powstawaniu Nowej Huty, idealnego miasta socjalistycznego. Nie zapomina on jednak o krzywdach wyrządzonych rodzinie i w swoim czasie zamierza upomnieć się o sprawiedliwość…

Po lekturze aż palę się do sięgnięcia po kolejne części serii. Wiem, że w pewnym stopniu kieruje mną osobisty sentyment do opisywanego miejsca, ale już teraz mogę stwierdzić, że wszystkie tomy znajdą drogę do mojej biblioteczki, tworząc najlepszą z posiadanych dotychczas kolekcji! Pani Edyto, dziękuję za tyle wzruszeń! I…czekam na więcej!

Ulubione cytaty:

„Czasami ludzie szukają daleko tego, co jest blisko”

„Zawsze jest jakieś jutro, na które warto czekać. I wierzę, że to jutro niebawem nadejdzie”.

Moja ocena: 10/10

Tytuł: Cień burzowych chmur

Seria: Spacer Aleją Róż

Autor: Edyta Świętek

Wydawnictwo: Replika

Stron: 351