iverson-zycie-to-nie-graPamiętam jak dziś – początki dwudziestego pierwszego stulecia, brat wchodzi w fazę buntowania się przeciwko światu, a na ścianie jego pokoju miejsce centralne należy do plakatu Allena Iversona. To symbol. I nieważne, że różni ich niemal wszystko – kontynent, kolor skóry, to, że brat w sumie większy talent do piłki nożnej wykazuje, a jedno z kieleckich osiedli raczej nie przypomina społecznych nizin, w których dorastał Iverson. To wszystko naprawdę się nie liczy, bo Allen Iverson to symbol uniwersalny, to wyraz buntu przeciwko otaczającej rzeczywistości i przeciwnościom losu, jakie by one nie były.

Ale czy powinno to dziwić? Zastanówmy się, jakie są szanse na to, że staniesz się jednym z najlepszych sportowców świata, ba, że stworzysz kawał historii światowej koszykówki, jeśli wychowujesz się w domu, w którym brak pieniędzy na podstawowe rzeczy to problem chroniczny, twoja matka nie stroni od mocniejszych używek, a ojciec siedzi za ich rozprowadzanie. No i jeszcze jedno – masz nieco ponad 180 cm wzrostu. Największy optymista miałby prawo zwątpić i poddać się smutnej, pozornie przesądzonej przyszłości.

Większość by tak zrobiła. Ale nie Allen. Jego historia pokazuje, że pragnienie wyrwania siebie i rodziny ze szponów podłej rzeczywistości może stać się siłą do działania i osiągnięcia celu wręcz iluzorycznego – zostania zawodnikiem NBA, zawodnikiem najlepszym, MVP swojej ery.

Nie będzie odkrywczym stwierdzenie, że w sporcie liczy się charakter. Tego na pewno Iversonowi odmówić nie można. Ale prawdą może o wiele bardziej istotną jest to, co napisał w jednej z biografii tych największych Guillem Balagué:

„Kiedy się już na szczyt dotrze, trzeba sobie jasno powiedzieć, że to nie koniec drogi, że udało się tylko pokonać kolejny etap”.

Tak jest, o wiele trudniej niż dotrzeć na szczyt, jest się tam utrzymać, z całym ciężarem odniesionego sukcesu. I tego właśnie zabrakło Allenowi. Wiara we własne możliwości motywuje, ale przekonanie o swojej nieskończoności, o sportowej nieśmiertelności ściąga w dół, czasem można się mocno poturbować.

Książka nie tylko do fanów koszykówki. Osobiście sięgnęłam po nią raczej ze względu na nazwisko Iversona aniżeli zamiłowanie do tej dyscypliny, a mimo to jestem zadowolona, że trafiła w moje ręce. Mocna, kontrowersyjna, ale też skłaniająca do przemyśleń, życiowa. Taka, że na końcu już nie wiesz, czy wciąż Iversona lubisz, czy nie, ale po cichu masz nadzieję na kolejny rozdział, w którym wychodzi on na prostą i staje się zwyczajnie lepszym człowiekiem. Bo jak mówi tytuł – życie to nie gra.

Moja ocena: 9/10

Tytuł: Iverson. Życie to nie gra

Autor: Kent Babb

Wydawnictwo: SQN

Stron: 329

Za okazane zaufanie i udostępnienie egzemplarza do recenzji serdecznie dziękuję

Wydawnictwu SQN!

logo_sqn-300x187