top10Postanowiłam zrobić coś, przed czym długo się buntowałam, uważając, że jest to niemożliwe, zależne od chwilowych fascynacji czytelniczych, noszących przecież znamiona zmienności, w końcu ciągle poznajemy nowych autorów i odkrywamy literackie perełki.

Unieruchomiona jednak w domu przez kaprysy własnego kręgosłupa zasiadłam przed klawiaturą z zamiarem stworzenia listy dziesięciu utworów, które najbardziej na mnie wpłynęły. Biorąc pod uwagę stare porzekadło – „powiedz mi, co czytasz, a powiem ci, kim jesteś” – trochę się tej konfrontacji obawiałam.

Do większości z tych książek już wracałam, do kolejnych planuję powrót w najbliższym czasie. Bo też niemożliwym jest odstawienie na półkę utworów, które w pewnym sensie cię ukształtowały, w których odnalazłaś siebie. Daj Boże więcej takich chwil, kiedy ważna jesteś jedynie ty i lektura, a rzeczywistość musi poczekać.

  1. Gabriel García Márquez: „Sto lat samotności”

Pierwsza z zagwozdek, których od lat nie potrafię rozwikłać. Nie tak dawno pisałam, przy okazji lektury kolejnej z książek tego autora, że Marquez jest moim samoudręczeniem, że raz na jakiś czas odczuwam przemożną chęć upodlenia się Marquezem. Pozornie nie mamy ze sobą nic wspólnego – nie lubię jego bohaterów, dręczy mnie fabułą, system wartości też nie ten, a jednak istnieje między nami jakaś niewidzialna, wątła nić porozumienia (?) prowadząca mnie w bibliotece do półki z literaturą iberoamerykańską. Co więcej, jedna z jego postaci – Urszula – do tej pory czasem nawiedza moje myśli, przypominając, że dawno nie miałam w rękach „Stu lat samotności”.  A że seniorce rodu się nie odmawia, pewnie niebawem ten stan rzeczy ulegnie zmianie.

  1. Przemysław Rudzki: „Futbol i cała reszta”

Książka, która dopiero niedawno przebojem wdarła się do mojej listy. Dlaczego właśnie ona, skoro tak wiele czytam pozycji o futbolu? Bo ja też miałam w domu Amigę, a na piłce nie siadało się pod groźbą, że zrobi się jajo. Są takie książki, przy których masz deja vu, że już to przeżyłaś, w rzeczywistości, nie na czytanych kartach. Dla mnie „Futbol i cała reszta” to prywatny powrót do beztroskich lat dzieciństwa. Więcej mówić nie trzeba.

  1. Lew Tołstoj: „Anna Karenina”

Z tej pozycji jakoś specjalnie nie trzeba się tłumaczyć. Myślę, że znalazłaby się ona na liście wielu czytelników. Powiem tylko, że do tej pory w chwilach zupełnie niespodziewanych pojawia się w mojej głowie pytanie o to, czy Wroński był winny smutnego końca pięknej i tragicznej Anny. I za każdym razem mam inną na to zapytanie odpowiedź.

  1. Margaret Mitchell: „Przeminęło z wiatrem”

Scarlett O’Hara to jedna z moich ulubionych bohaterek literackich. Postać, która jest balsamem dla mej czytelniczej duszy, gdyż uważam, ze współcześni autorzy uparli się, by tworzyć postaci męskie ciekawsze aniżeli płeć moja własna. Niejednoznaczna w ocenie Scarlett bije na głowę zdecydowaną większość bohaterów teraźniejszych, a jej życiowa dewiza, że „jutro o tym pomyśli” i mnie niejednokrotnie uchroniła przed wpadnięciem w czarną rozpacz.

  1. Wiesław Myśliwski: „Kamień na kamieniu”

Ten autor, ta książka to dla mnie dowód, że studia polonistyczne mają sens. Może i gospodarka potrzebuje inżynierów, a nie humanistów, może i trudno potem o pracę w zawodzie, ale gdyby nie filologia polska i cudowny wykładowca, mogłabym twórczości pana Myśliwskiego wcale nie poznać, czego obecnie nie potrafię sobie nawet wyobrazić.

  1. Thomas Hardy: „Z dala od zgiełku”

Co się zaś tyczy ulubionych bohaterów płci męskiej, to znajdziemy takiego w powieści Thomasa Hardy’ego, a konkretnie jest nim Gabriel Oak, mogący konkurować nawet ze Scarlett O’Harą. W twórczości tego autora lubuję się od dłuższego czasu, ale „Z dala od zgiełku” w moim odczuciu przewyższa wszystko inne, co wyszło spod jego pióra.

  1. Wojciech Tochman: „Dzisiaj narysujemy śmierć”

Książka, która wprowadziła mnie w świat reportaży Tochmana. Reportaży, którymi się zachwyciłam i które przeczytałam niemal wszystkie (brakuje jednego). Pamiętam jak dziś, gdy dostrzegłam tę książkę leżącą na kuchennym stole w domu przyjaciela. Zapytałam jego rodzicielkę o możliwość pożyczenia, a potem przeszukiwałam już okoliczne biblioteki w poszukiwaniu kolejnych. Przypadek, który trochę sprowadził na ziemię mnie i moje upodobanie do romantycznych opowieści. Przypadek, który ukazał mi świat, takim, jakim jest.

  1. Zbigniew Nienacki: „Raz w roku w Skiroławkach”

O tej książce nie da się opowiedzieć, przynajmniej jeśli nie chcesz, by uznano cię za socjopatę. Tę książkę trzeba przeczytać, a potem zawstydzić się, że aż tak ci się podobała.

  1. Emily Jane Brontë: „Wichrowe wzgórza”

Nie jestem odporna na miłość. Może nawet mam w sobie coś z masochistki, ale ja po prostu nie mogę się oprzeć uczuciu Heathcliffa do Katy. Konia z rzędem temu, kto znajdzie historię miłosną, która zrobi na mnie większe wrażenie. Heathcliff nie jest ideałem, nawet się do niego nie zbliża, ale jego pasja sprawia, że naprawdę mam to gdzieś.

  1. Jack London: „Martin Eden”

Cóż, ta pozycja jest niezmienna od lat, a konkretnie od momentu, kiedy powzięłam postanowienie, że mimo piętrzących się przeciwności w postaci deficytu czasu i związanej z tym konieczności zarabiania na chleb w sposób bardziej przyziemny, ja też kiedyś wydam książkę. Ta książka daje wiarę, motywuje, nie pozwala się poddać, ale też skłania do refleksji – co, jeśli się uda?

I to by było na tyle. Wybór, przyznaję, nie był łatwy. Bo o miejsce dopraszały się i nowopoznane polskie autorki, i ubóstwiany Nicholas Sparks, i wielu innych, którzy na przestrzeni lat wypełnili moją głowę swoimi opowieściami. Niewykluczone, że czas zmieni i moją listę, że gdy zmianie ulegną życiowe priorytety, to i na książki będę patrzeć inaczej. Na razie jednak cieszę się tym, co mam – umysłem otwartym na nowe wyzwania czytelnicze i możliwością dzielenia się tym z wami, którzy, jeśli tu jesteście, to znaczy, że podzielacie moją pasję.

Łączę czytelnicze pozdrowienia!

A.