dziecko-wspomnienLubię książki z happy endem, nigdy tego nie ukrywałam.  W sumie nie mogło być inaczej, skoro bohaterom nadaję w myślach znajome twarze. Z happy endem jest łatwiej – niby przeżywasz ten moment grozy, gdy wszystko zdaje się przeczyć mającemu nastąpić szczęśliwemu zakończeniu, gdy każda myśl i każdy czyn bohaterów zmierzają w złym kierunku, ale mimo wszystko spodziewasz się, że na końcu wszystko będzie dobrze. Tak jest zazwyczaj. I powtórzę – tak jest łatwiej. W przypadku książki Steeny Holmes po kilkunastu stronach lektury wiedziałam, że coś jest nie tak, że to nie ten typ książki i…że to nie skończy się dobrze.

Diane to pozornie typowa kobieta sukcesu – prezes dobrze prosperującej firmy, zawsze gotowa, by postawić pracę na pierwszym miejscu, czasem odstawiająca na bok życie prywatne, a już na pewno myśli o dzieciach, na które zdecydowanie nie miała czasu. Pozornie. Bo Diane ma też wspomnienia z dzieciństwa – traumatyczne, obezwładniające. Życie czasem jednak nic sobie nie robi z naszych planów, czasem kobieta sukcesu nosząca znamiona pracoholizmu, pamiętająca wydarzenia, których nie powinno się pamiętać, po prostu zachodzi w ciążę, oczywiście nieplanowaną. I potem to samo życie mści się za myśli niegodziwe, za chwile zwątpienia i pomysły człowieka niewarte. Ale żeby aż tak?

Wiedziałam, że ta książka nie skończy się happy endem. Różne warianty zakończenia tworzyłam w swej głowie. Ale coś takiego, co zastałam na łamach ostatnich stronnic, przerosło moje wyobrażenia. Tego nie przewidziałam, tego nie byłabym w stanie wymyślić. To…było najstraszniejsze zakończenie lektury, z jakim się w życiu spotkałam. To było katharsis.

Moja ocena: 9,5/10

Tytuł: Dziecko wspomnień

Autor: Steena Holmes

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Stron: 238

Za okazane zaufanie i udostępnienie egzemplarza do recenzji serdecznie dziękuję

Wydawnictwu Kobiecemu!

Logo_v02