wojtNa początku był chaos. A potem z tej napełnionej otchłani, kryjącej w sobie wszystkie zarodki przyszłego piłkarskiego świata wyłoniło się potężne bóstwo – Janusz Wójcik. Parafrazując wstęp do mitologii, tak właśnie odbierałam tę książkę przez pierwsze kilkadziesiąt stron. Zszokował mnie przede wszystkim język i samouwielbienie, w które tytułowy „Wójt” popada częściej niż to wypada. Momentami myślałam, że za kilka stron dowiem się, że do sukcesu Messiego Janusz Wójcik w jakiś tylko sobie zrozumiały sposób także dołożył swoją cegiełkę.

Na chwilę przerwałam lekturę, oddając się rozważaniom natury psychologiczno-etycznej nad tą postacią – lubianą bądź nie, ale jednak powszechnie znaną na polskim podwórku piłkarskim. I potem czytałam już z większym luzem, z przymrużeniem oka i dystansem do sposobu narracji. Uśmiechałam się nawet w duchu – a co ja sobie wyobrażałam? Że jak trener to już jak Pep Guardiola? O miłości do drużyny będzie, o uczuciach do zawodników, o etyce i wpajaniu zasad moralnych piłkarzom? Pan Wójcik może mi odpowiedzieć jednym zdaniem, które często przewija się w książce: „Kasa, misiu, kasa”.

A gdy już człowiek przywyknie do sposobu opowiadania Janusza Wójcika, znajdzie tu wiele ciekawych historii, zarówno ze świata sportu, jak i polityki oraz z życia prywatnego autora. Co interesujące – wraz z nazwiskami, czasem tymi z pierwszych stron gazet. Mnie, rzecz jasna, najbardziej interesowały te pierwsze, a najsympatyczniejszy okres w karierze trenera Wójcika przypada moim zdaniem na czas pobytu w Białymstoku.

„Do tych ludzi z puszczy nie ma co jechać, bo to dzikusy. To tak, jakby dzikich wpuścić, tylko zamiast skór i maczug mają stroje piłkarskie. Nikt za nimi nie nadąży, bo narzucają takie tempo i są tak agresywni, że nie ma na nich siły”.

Czytając takie fragmenty, uśmiechałam się mimo woli, by potem zorientować się, że polubiłam chłopaków z tamtej byłej Jagielloni. Walka, zaangażowanie, agresywność na boisku – to potrafi zastąpić nawet braki techniczne i kto mnie zna, ten wie, że właśnie w takiej piłce się lubuję. Eufemistycznie nazywane „mecze walki” w Ekstraklasie należą do moich ulubionych, choć są tacy, którzy twierdzą, że to masochizm w najczystszej postaci.

Myślę, że Janusz Wójcik nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. W swojej autobiografii czyni wiele aluzji do wydarzeń, o których inni wolą milczeć. Na razie milczy także sam Wójcik, ale niewykluczone, że kiedyś, kiedy autor uzna, że mu się to opłaci, poznamy jeszcze wiele ciekawych historii z życia polskiej piłki i nie tylko. Była szafa Kiszczaka, myślę, że istnieje także szafa Wójcika, który ma jeszcze kilka asów w rękawie. Pasuje te rozważania zakończyć popularnym i dla niektórych prawdziwym: „Bójta się Wójta!”.

Moja ocena: 8/10

Tytuł: Wójt. Jedziemy z frajerami! Całe moje życie

Autor: Janusz Wójcik

Wydawnictwo: SQN

Stron: 316

Za okazane zaufanie i udostępnienie egzemplarza do recenzji serdecznie dziękuję

Wydawnictwu SQN!

logo_sqn

Dodaj komentarz