remedium-na-smiercTematyka drugiej wojny światowej nie traci na popularności i jakby to nie zabrzmiało, dla mnie tak właśnie powinno być. Nie można rzucić w otchłań zapomnienia dramatu tylu ludzi, dramatu wspólnego, ale także tych jednostkowych, ważnych z punktu widzenia konkretnych osób. To są świadectwa, które przypominają nam, jak wielką tragedią jest wojna i jak bardzo powinniśmy dbać o to, by stare porzekadło, że „historia lubi się powtarzać”, w tym przypadku się nie ziściło.

Ludzka natura już w ten sposób jest stworzona, że często dramat milionów przejmuje nas mniej aniżeli tragedia pojedynczego człowieka. „Biedni ludzie” – myślimy, gdy słyszymy choćby o kolejnej katastrofie lotniczej, w której giną setki osób, ale przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Ale już przykładowo historia matki, która patrzy jak jej dziecko gaśnie z dnia na dzień, walcząc z nieuleczalną chorobą, tak łatwo naszych myśli nie opuści. Dlaczego? Bo tragedia zbiorowa podlega swego rodzaju odpodmiotowieniu – ludzi ubiera się w statystyki – 200, 500, miliony poległych, zazwyczaj anonimowych, nie sposób przecież wyczytać wszystkich nazwisk, czasem nie wszystkie nawet są znane. I właśnie ta anonimowość, to wrzucenie wszystkich do jednego worka z napisem „ofiary tego a tego zdarzenia” sprawia, że nie zatrzymujemy się przy nich na dłużej myślą. Nie mieliśmy ich zdjęć przed sobą, nie wiemy, czym zajmowali się na co dzień ani czy mieli rodziny. Autor niniejszej książki zdaje się dobrze o tym wiedzieć. Bo też przedstawił w niej historie pojedynczych osób, z których każda miała swój własny sposób na walkę z wojenną rzeczywistością, swoje własne remedium na śmierć…

Osobiście najwięcej dała mi do myślenia opowieść p. Stanisławy Kazub, zamieszczona w książce jako pierwsza. Dlaczego? Bo sama niejednokrotnie wypytywałam swoją babcię o tamte czasy i z zapartym tchem, ale i niepokojem wysłuchiwałam naocznych relacji w zbliżonym do p. Stanisławy tonie. Przez całą książkę przewijało się to, co i ja usłyszałam od swojej babci – Niemcy byli źli przez to, co zrobili milionom, ale w stosunku do pojedynczych ludzi potrafili wykazać coś w rodzaju litości/skruchy/czegoś trudnego do nazwania, ale jednak o zabarwieniu pozytywnym. Rosjanie tego nie mieli. Byli dzicy, nieokrzesani. Pamiętam, jak babcia opowiadała, że gdy w ich domu stacjonował jakiś Niemiec, to dzielił się z nimi własnym jedzeniem, bo widział, jak biednie było w domu. Gdy później pomieszkiwał u nich Rosjanin, zamykał jedzenie i przez myśl nawet mu nie przeszło, by czymkolwiek obdarować rodzinę babci.

Dobrze się tę książkę czytało. Była mi bliska, bo też sama słyszałam wiele podobnych historii od osób mi znajomych. Każdy z nas zna takie historie, które opowiadali dziadkowie, wujkowie czy sąsiedzi. Każde miejsce w Polsce ma takie opowieści, które krążą pośród jego mieszkańców z pokolenia na pokolenie. I właśnie dlatego ta książka jest tak rzeczywista. Tu nie ma miejsca na dramat milionów, to świadectwo tragedii konkretnych osób, bez patosu, bez silącej się ze względu na tematykę na podniosły ton stylizacji językowej. To raczej coś w rodzaju: „Opowiedz mi, babciu. Opowiedz mi, dziadku”…

Ulubione cytaty:

„Boże broń, nie tak od rozszalałego żywiołu, wściekłego zwierzęcia, jak od niegodziwości drugiego człowieka”

„I mówię ni to wierszem, ni to prozą,

bo całe moje życie wierszem było pisane,

trudnym, niezwykłym, pięknym,

romantycznym, strasznym.

Wielkim i prozaicznym zarazem!”

Moja ocena: 8,5/10

Tytuł: Remedium na śmierć. Historie prawdziwe

Autor: Marcin Wysocki

Wydawnictwo: Psychoskok

Stron: 364

Za okazane zaufanie i udostępnienie egzemplarza do recenzji serdecznie dziękuję

Wydawnictwu Psychoskok!

Logo Psychoskoku

One thought on “Wysocki Marcin, „Remedium na śmierć. Historie prawdziwe”

Dodaj komentarz