Pod-wedrownym-aniołemInspirująca. To słowo jako pierwsze przyszło mi na myśl, gdy zamknęłam „Pod Wędrownym Aniołem” Joanny Marii Chmielewskiej (jeśli nie chcecie się narazić autorce, nie mylić z Joanną Chmielewską). I jak to z pierwszymi myślami bywa – właśnie to słowo najlepiej określa mój stosunek do tego, co znalazłam w książce. Uprzedzam, będzie bardzo subiektywnie…

Czytałam i nie dowierzałam, a moje brwi raz po raz wędrowały w górę, tworząc poziome linie na czole. Dodając do tego uśmiech dosłownie co kilka stron, mam nadzieję, że nie pogłębiłam zaczynających dopiero przygodę z moją twarzą zmarszczek. Te mimiczne ponoć dużo mówią o człowieku, dodają nawet charakteru, jednak jeszcze przez jakiś czas chętnie podziękowałabym nawet za nie. Co mnie tak dziwiło, wprawiając jednocześnie w dobry nastrój? To, że w książce co chwilę odnajdywałam kawałek siebie, aż było dla mnie dziwne, niedorzeczne wręcz, że autorka o sobie pisała, że nie wzorowała się na mnie. Dlaczego więc czułam, że to po trosze o mnie, obecnej lub przyszłej? Studia pedagogiczne, praca z dzieciaczkami, zamiłowanie do gór, dyskotekowe traumy związane z koniecznością tańczenia przy braku predyspozycji do tego (ba! Przy trudności z koordynacją ruchów znośnie wyglądających, nie mówiąc już nawet o tym, by odbywało się to w rytm muzyki!) i przede wszystkim przemożna chęć pisania. Bo i ja pisuję, na razie do szuflady jeszcze, ale mam takie przeczucie, że kiedyś stworzę coś, co ujrzy światło dzienne. I nie wynika to bynajmniej ze zbytniej pewności siebie czy arogancji, po prostu z przekonania, że jeśli robisz coś z miłością, z pasją, to robisz lub w końcu zaczniesz robić to dobrze.

Tak więc książka ta stała się dla mnie inspiracją. Bo zobaczyłam w niej, że to, co się pisze, można osadzić w bliskiej sobie przestrzeni i że można to zrobić naprawdę dobrze. Nie trzeba kreować żadnego miasta ani wioski, której próżno szukać na mapach. Dlaczego akcji powieści nie osadzić właśnie w Szklarskiej Porębie? Przecież autorka tam właśnie mieszka, zna tamtejsze obyczaje i miejsca wiadome jedynie tubylcom, niedostępne dla oka zwykłego turysty. To ma sens i wartość dodaną w postaci tego, że możesz czytelnikom pokazać swoje miejsce na ziemi właśnie twoimi oczyma – osoby, która to miejsce ukochała. Nawet jeśli nie dostrzegą oni tego co ty, to i tak przeżyją wycieczkę ciekawszą od tej z przypadkowym przewodnikiem. Inspirująca. To właśnie to słowo. Kiedyś spod mojej ręki wyjdzie powieść osadzona w kieleckich realiach. I będzie to bardzo dobra powieść. Bo choć to rozum podsunie kreacje bohaterów i ich perypetie, to serce ubarwi wszystko scenerią tak jemu bliską. Poznacie Kielce widziane oczyma kogoś, kto ukochał to miasto z jego zaletami i wadami, których przecież wedle bezstronnych niemało. A to najpiękniejszy rodzaj miłości.

Mądrość. To kolejne ważne słowo przy lekturze Wędrownego Anioła. Bo też dużo tej mądrości w książce znalazłam. Poniżej zamieszczam to, co szczególnie zapadło mi w pamięć:

„Boże, daj mi pogodę ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagę do zmiany tego, co zmienić mogę, i mądrość, żeby odróżnić jedno od drugiego”

„Nie porównuję się z innymi. Porównuję się jedynie z samą sobą. Cieszę się z drogi, jaką przebyłam. I mimo z pozoru mizernych efektów uważam, że to jeden z moich największych sukcesów”

„Bo dla mnie w pisaniu najfajniejsze są te momenty, kiedy opowieść zaczyna toczyć się sama. Bohaterowie wymykają się spod kontroli, zaczynają chodzić własnymi drogami, a podążam za nimi, nie wytyczając im ścieżek”

I cytat, który najlepiej opisuje mnie samą:

„Moją wielką miłością jest słowo, dzięki któremu najlepiej udaje mi się ten świat oswajać. Jest kluczem, dzięki któremu mogę wejść tam, gdzie inaczej nigdy bym się nie przedostała”

Moja ocena: 8,5/10

Tytuł: Pod Wędrownym Aniołem

Autor: Joanna Maria Chmielewska

Wydawnictwo: MG

Stron: 301

Za okazane zaufanie i udostępnienie egzemplarza do recenzji serdecznie dziękuję

Wydawnictwu MG!

logo MG nowy jpeg

Dodaj komentarz